„Łuna – ta, która widzi ogień”
Nie znajdziesz jej w cerkwiach, choć nie raz siadała w ławkach z odpadającą farbą.
Nie przywołasz jej modlitwą, ale słyszy każdy szept, który wypalasz w sobie po cichu.
Nie ma ikony z jej wizerunkiem – ale malarze widzieli ją w kolorach, których nie potrafili nazwać.
Łuna – duch Bieszczadów, opiekunka tych, którzy tworzą, bo muszą. Bo inaczej ich serce by się rozpadło.
Mówią, że to ona przychodzi do artystów, gdy wszystko gaśnie:
– gdy farba wysycha, ale nie na płótnie – tylko w duszy,
– gdy słowa zamieniają się w popiół zanim zostaną zapisane,
– gdy dłonie drżą, a głowa pęka od tego, czego nie umiesz wyrazić.
Wtedy przychodzi Łuna.
Nie mówi wiele. Czasem po prostu siada naprzeciw. Przynosi zapach dymu i starej księżycowej nocy. I jedno spojrzenie – takie, które mówi: „Wiem. Próbuj dalej.”
Jeśli masz szczęście – poczujesz jej obecność jak ciepło na karku, jak szept w pędzlu.
Czasem zostawia ślad:
– pojedynczy kolor, którego nie było na palecie,
– fragment tekstu zapisany w śnie,
– kształt twarzy, który sam układa się wśród plam.
Ale Łuna nie ułatwia. Nie daje gotowych odpowiedzi.
Bo nie o to chodzi w sztuce.
Chodzi o to, by przetrwać ogień i nie spłonąć w nim do końca.
Chodzi o to, by zrozumieć swój własny cień – i nadal tworzyć.
Niektórzy mówią, że to ona prowadzi tych, którzy decydują się zamieszkać w dzikości, w namiocie lub starej chacie, z gitarą i szkicownikiem, z winem i bólem.
Inni twierdzą, że każdego, kto tworzy z serca – maluje, śpiewa, pisze, rzeźbi, żyje jak wiersz – Łuna dotyka przynajmniej raz.
I jeśli to poczujesz… to już zawsze będziesz jej częścią.
Na Połoninie Wetlińskiej ktoś raz wyrył w kamieniu:
„Niech Łuna mnie spali, jeśli przestanę wierzyć w sens płomienia.”
Dziś kamień jest zarośnięty. Ale słowa wciąż tam są.
Bo Łuna nie potrzebuje chwały.
Ona potrzebuje prawdy.
I dusz, które tworzą z ognia.