Ostatni płomień Łuny

Spis treści

„Ostatni płomień Łuny” – część trzecia

Mówią, że wszystko w Bieszczadach kiedyś znika – ślady na szlaku, stare chaty, nawet imiona wyrzeźbione w drewnie cerkwi. Ale nie szept. Ten zostaje. I czasem właśnie szeptem powraca Łuna. Po tamtej nocy, gdy zatańczyła z człowiekiem, który niósł cień w sobie, coś się zmieniło. Polana Szeptów zapadła w ciszę – głębszą niż zwykle. Nawet ptaki milczały. A wśród starych duchów gór zaczęto szeptać o przemianie .Bo oto stało się coś, co nie miało prawa się wydarzyć:
Bies oddał Łunie łzę.
Nie była to zwykła łza – była jak kawałek nocy, ciężka od wszystkich dusz, które kiedykolwiek zabrał. Dał jej ją… dobrowolnie. A Czad – niespokojny, lekki, zawsze w ruchu – przekazał jej tchnienie, oddech mgły nad świtem. Miał go tylko jeden raz. Dla niej.     Łuna wzięła jedno i drugie. Nie z wdzięczności. Z konieczności.  Zrozumiała, że nie jest już tylko opiekunką polany. Nie jest już nawet człowiekiem. Stała się iskrą między światami.
Nie światłem. Nie cieniem. Tym, co trwa między nimi – żarem.

Od tej pory zaczęto ją widzieć w miejscach granicznych:
– tam, gdzie śmierć spotyka życie,
– gdzie człowiek stoi przed wyborem,
– gdzie dusza pęka, a serce płonie.

Niektórzy mówią, że gdy jesteś zupełnie sam i usiądziesz przy ognisku, a płomień nagle zatańczy w kolorach, których nie znałeś – to znaczy, że Łuna jest blisko.

Nie by ci pomóc.
Nie by cię ocalić.
Ale by zobaczyć, co zrobisz ze swoim ogniem.

I od tamtej pory Bies i Czad – choć różni – spotykają się raz w roku, nie dla tańca, lecz dla niej. Dla tej, która potrafiła przyjąć ich prawdę i nie uciec.

Dla Łuny – ognistej duszy Bieszczadów, tej, która stała się legendą.

 

Masz Pytania?